31 maja 2012

Balsamowy ulubieniec.


      Balsamy jakoś nigdy nie były moimi ulubionymi kosmetykami, a co za tym idzie brakowało mi systematyczności w ich stosowaniu i efekty były mierne. Byłam za to fanką maseł do ciała, ale zmieniło się to, gdy w moje ręce wpadł ten skarb. 

Balsam Nivea pure&natural, bo o nim mowa kosztuje ok. 15zł/ 250ml i można go dostać bez problemu właściwie w każdej drogerii czy supermarkecie. 

Opis: Formuła balsamu Pure & Natural, dzięki zawartości cennego olejku arganowego z organicznej uprawy, intensywnie nawilża skórę, zapewniając jej długotrwałą gładkość.

Olejek arganowy to najcenniejszy olej na świecie. Ma właściwości nawilżające i ujędrniające, poprawia elastyczność komórek skóry i przeciwdziała jej starzeniu się. Ponadto wspomaga odnowę komórek i neutralizuje działanie wolnych rodników.
Nie zawiera parabenów, silikonów, barwników oraz PVC w opakowaniu.

Skład: Aqua, Glycerin, Alcohol Denat., Cetearyl Alcohol, Isopropyl Palmitate,Glyceryl Stearate Citrate, Octyldodecanol, Argania Spinosa Kernel Oil, Glyceryl Glucoside, Sodium Carbomer, Methylisothiazolinone, Phenoxyethanol, Linalool, Limonene, Citronellol, Benzyl Alcohol, Butylphenyl Methylpropional, Alpha-Isomethyl Ionone, Geraniol, Parfum.




Opakowanie jest dokładnie takie samo, jak w przypadku innych balsamów Nivea, niewielki otworek, nic się nie brudzi, nie znoszę upaćkanych dozowników ;/ Gdy produktu jest mało można postawić go ,,na głowie" i wygodnie zużyć do końca. 






Zapach jest bardzo przyjemny, delikatnie ogórkowy, nie nudzi się, nie utrzymuje długo na skórze. Konsystencja jest bardzo lekka, przypomina mleczko, ale nie jest zbyt rzadka. Wchłania się bardzo szybko i nie pozostawia na skórze żadnej nieprzyjemnej, klejącej się warstwy, co zdecydowanie można mu zaliczyć na plus. Z aplikacją również nie ma problemów, wsmarowuje się dobrze, nawet w wilgotną skórę. Skład jest faktycznie bardziej przyjazny, z tego, co producent obiecuje na opakowaniu produkt nie zawiera: parabenów, silikonów, barwników oraz olejów mineralnych. 


Po posmarowaniu skóra jest bardo gładka, delikatna w dotyku i czuć, że została dobrze nawilżona, w moim przypadku mogę stosować ten balsam raz na dwa dni i jest ok. Wydaje mi się, że stosowany regularnie może zmniejszyć problem suchej skóry. Produkt spełnia wszystkie moje wymagania, których właściwie nie jest zbyt wiele, i ma szansę zagościć w mojej toaletce po raz kolejny. 





Zazwyczaj nie zwracałam w sklepie uwagi na balsamy do ciała Nivea, teraz to się zmieni. Balsam już sięgnął dna, choć był całkiem wydajny. Jeśli nie macie bardzo wymagającej skóry, lubicie lekką formułę i dobre nawilżenie polecam wam spróbowanie tego balsamu, ja jestem bardzo zadowolona :)

Pozdrawiam, O. 

30 maja 2012

Sahara ;)



Dziś przed wami moja nowa miłość. Róż ze Sleeka.
Enjoy.


Opis: Wysokiej jakości róż w estetycznym opakowaniu. Róż długo utrzymuje się na policzkach, doskonale rozjaśnia i rozświetla twarz. Idealny do makijażu codziennego jak i wieczorowego. 

Cena: ok. 30 zł/ 8g (z dostawą z allegro).

Dostępność: w sklepach stacjonarnych bardzo kiepska, zostaje allegro, ebay, sklepy internetowe. 

Opakowanie. Jest bardzo niewielkich rozmiarów, czarne, eleganckie, wydaje się bardzo trwałe, zawiera duże lusterko. Problemem jest to, że jak w przypadku innych kasetek ze Sleeka bardzo łatwo się brudzi, widać na nim każde odbicie palca. Opakowanie da się wyczyścić płynem do demakijażu, wodą tylko mi się wszystko rozmazywało. Główną wadą opakowania jest to, iż niezwykle ciężko się otwiera, można sobie na nim połamać paznokcie, ałć. 
Pojemność produktu jest, jak na róż, duża, a nawet bardzo duża. Myślę, że nie dam rady go zużyć w terminie ważności, który w tym przypadku wynosi 24 miesiące, bo są przecież jeszcze inne róże ;) Do tego jest niesamowicie wydajny, wystarczy tylko, przy tej pigmentacji, dotknąć pędzlem aby znalazła się na nim odpowiednia ilość produktu. 

Poniżej zdjęcia, w tym porównanie wielkości opakowania do paletki i duetu do konturowania.









Trzeba nakładać go bardzo oszczędnie, ponieważ pigmentacja jest zabójcza, łatwo można osiągnąć nim efekt matrioszki, a tego przecież nie chcemy :) Kolor jest dość trudny do określenia, moim zdaniem jest to bardzo ciepły brąz, przez co produkt mógłby pretendować do miana bronzera, ale zawiera w sobie sporo ceglastych i pomarańczowych tonów, co zbliża go do różu. Jest totalnie matowy.








Róż odrobinę się pyli, ale nie jest to jakaś zwracająca uwagę ilość. Jego trwałość nie jest powalająca, utrzymuje się na twarzy kilka godzin, ale znikając nie robi plam, ściera się równomiernie. Dobrze współgra z pudrem i rozświetlaczem. 





Podsumowując jestem bardzo zadowolona, uważam, że to bardzo przyzwoity róż w niewygórowanej cenie. Mam już kilka kolejnych kolorów na oku i na pewno na tym jednym się nie skończy. Jeśli szukacie, niestandardowego koloru o boskiej pigmentacji i dużej pojemności serdecznie polecam Saharę. 


Jakie są wasze ulubione róże? Używacie tych kosmetyków, czy raczej jesteście fankami bronzerów?


Pozdrawiam, O. 

29 maja 2012

Zdobycze maja


Miałam wziąć udział w akcji przeżyć za 50 zł maju, ale zanim akcja się rozpoczęła ja już byłam spłukana :D Może w czerwcu mi się uda. Oto, co trafiło do mojej toaletki. 





Błyszczyki:
Nouba, lipshine volume 71.
Essence, stay with me, i like cotton candy i berry me!- swatche i recenzja TU.
Manhattan, soft mat lipcream, 56 k- pierwsza, ale na pewno nieostatnia :D




Cienie:
Miyo, omg! eyeshadows, 01- również pierwszy i nieostatni, pigmentacja genialna!
Essence, circus, circus, 02 i 03, upolowane w Hebe za 3,99 sztuka :D



Kolekcja moich ukochanych kosmetyków, róży, również jak widać, ma się dobrze :)
The Balm, Down Boy, pisałam o nim TU.
Sleek, Sahara, na pewno będą kolejne <3
Elf, duo róż i bronzer.
Bell, air flow, 02, nieźle daje po oczach.



Missha, bb cream, 21.
Próbki BBcremów, ponieważ czaję się na jakiś pełnowymiarowy, ale chcę najpierw sprawdzić, co bardziej mi podejdzie.




Nail tek- ponowna kuracja, gdyż moje paznokcie są w opłakanym stanie ;/
Catrice, 480 miss Piggy reloaded- tylko jeden lakier! :D




Nivea, pomadka miód i mleko oraz oliwka i cytryna.
Carmex, wiśniowy, chciałam sprtóbować tych nowych wersji, ale nie było ;/




Jako, że powróciłam do naturalnego blondu (o yeah!), spray Joanna blond, żeby nadać włosom refleksy.
Joanna, maseczka nawilżająca. 




Nivea, thermo, rozgrzewający żel do twarzy, bardzo się lubimy póki co. 




Yves Rocher, mleczko do ciała kokosowe, kocham ten zapach!
Słynna maseczka black head, całkiem niezła. 



Miałyście którąś z tych rzeczy? Jak wrażenia? 
O czym chciałybyście poczytać najpierw?



Przypominam o rozdaniu: 


28 maja 2012

Odyseja rozdaje :D


Witam serdecznie w ten słoneczny dzień. 
Jak widzicie blog przeszedł mały lifting :D jest może nieco pstrokato, ale miałam ochotę na tyle kolorów na lato :D
Mam dla was małe rozdanie. 
Nie tak dawno mój blog obchodził urodziny, a liczba obserwatorów przekroczyła 400, co mnie bardzo cieszy i pomyślałam, że to dobra okazja na rozdanie. 
Zdjęcia zupełnie dziś nie chcą mi wychodzić, więc są kiepskie, no ale cóż. 




Przygotowałam dla was dwa zestawy:



1. Marion, pianka do mycia twarzy.
2. Original Source, żel pod prysznic kaktus i guarana.
3. Ziaja, maska do włosów intensywna odbudowa. 
4. Maybelline, cienie eyestdio, 201.
5. Revlon, szminka 080 coral.
6. E.L.F., baza pod cienie.
7. Wibo, lakier, 230.
8. Różne próbki.




1. Yves Rocher, 2w1 mleczko do demakijażu i tonik.
2. Green Pharmacy, balsam do włosów z pokrzywą.
3. E.L.F., bronzer.
4. Maybelline, tusz do rzęs define-a-lash.
5. Manhattan, matowa pomadka do ust.
6. Wibo, lakier, 413.
7. Maseczka Lirene, odżywianie.
8. Różne próbki. 

Wszystko oczywiście nowe, nieużywane.

Zasady:

Obowiązkowo:

Musisz być publicznym obserwatorem bloga i zostawić pod tą notką komentarz zawierający nazwę pod jaką mnie obserwujesz i mail.

Dodatkowo:

1. Polub mój profil na facebooku, odnośnik jest na blogu, na lewym pasku (2 losy).
2. Umieść ,w oddzielnej notce, informację o rozdaniu wraz z linkiem, zdjęciem/zdjęciami, opisem nagród, informacja nie może znajdować się w zakładce 'rozdania'.
 (3 losy)
3. Umieść baner do rozdania na pasku bocznym (2 losy).
4. Dodaj mnie do blogrolla (1 los).


UWAGA!

Anonimowi również mogą brać udział w rozdaniu!
Warunkiem dla nich jest zostawienie komentarza z mailem i polubienie bloga Kosmetyczna Odyseja na fb. Jeśli nie jesteś anonimem, jesteś zarejestrowany na bloggerze musisz być obserwatorem bloga!


Regulamin:
1. Sponsorem wszystkich nagród jestem ja, autorka bloga Kosmetyczna Odyseja.
2. Rozdanie trwa od 28.05 do 28.06.2012.
3. Wyniki zostaną ogłoszone w ciągu 3 dni od zakończenia rozdania.
4. Osoby, które wygrają mają 3 dni, aby przesłać mi swój adres, jeśli tego nie zrobią losowanie odbędzie się jeszcze raz.
5. W rozdaniu mogą brać udział wszyscy, jednak wysyłka tylko na terenie Polski. 



Szablon:

Obserwuję jako:  
mail:  
lubię na FB:  TAK(imię i pierwsza litera nazwiska) / NIE
notka:  TAK(link do notki) / NIE
baner: TAK(link do bloga) / NIE
blogroll: TAK(link do bloga) / NIE
wybieram zestaw: 1 / 2 / oba mnie interesują

Dla Anonimów:

mail:
lubię na FB: imię i pierwsza litera nazwiska
wybieram zestaw: 1 / 2 / oba mnie interesują


Mam nadzieję, że nagrody przypadły wam do gustu, powodzenia :)



25 maja 2012

Candy,


czyli rozdanie na  http://beautyandmac.blogspot.com/2012/05/rozdanie.html , w którym biorę udział, nagrody przeswietne :)  


Rozdanie trwa do 25.06.
nagrody:
zestaw 1
Lancome Bi-Facil 30 ml
Lancome Tonique Douceur 50 ml
Lancome Galateis Douceur 50 ml
Estee Lauder Pure Color EyeShadow Palette
MUFE Aqua Cream 15
MUFE Aqua Eyes 2L - wersja mini
MAC Superslick Liquid Eye Liner w kolorze Desires & Devices
Illamasqua sztuczne rzęsy No. 02
zestaw 2
MAC Fix+ 30 ml
Lancome Tonique Douceur 50 ml
Lancome Galateis Douceur 50 ml
Guerlain tester Violette Du Soir 461
MUFE Aqua Cream 01
MUFE Aqua Eyes 0L - wersja mini
MAC Superslick Liquid Eye Liner w kolorze Treat Me Nice
Illamasqua sztuczne rzęsy No. 02
zestaw 3
pędzel 187 z zestawu pędzli z kolekcji Glitter & Ice - użyty 2 razy w ramach testów 
róż mineralny Two Virtues z kolekcji Too Fabulous - użyty kilka razy
pomadka Beigeland z kolekcji Spring Colour Forecast - zeswatchowana 2-3 razy
lip pencil w kolorze Subculture - zeswatchowany
 impeccable brow pencil w kolorze Blonde - użyta 2 razy.

24 maja 2012

The Balm po raz kolejny.




Kolejny produkt z cieszącej się coraz większą popularnością, przynajmniej wśród bloggerek, firmy The Balm. 


Kilka słów o firmie: 

"Nie możesz znaleźć kosmetyków idealnych dla Twojej cery? Stwórz je sama! Tak przynajmniej zrobiła założycielka theBalmMarissa Shipman. Zamówiła przez Amazona 11 podręczników opisujących wyrób kosmetyków i przemieniła własną kuchnię w laboratorium. Zaczęła od wykonania klasycznego, tradycyjnego balsamu (po angielsku "balm" - stąd nazwa firmy), a potem... rozpisała budżet, zleciła zaprojektowanie strony internetowej i zatrudniła chemiczkę. Teraz jej kosmetyki są sprzedawane przez wielkie sieci perfumeryjne, a klientki chwalą je za doskonałą jakość i uroczy designShipman stawia na opakowania w stylupin up girls. Na puzderkach cieni do powiek widnieją retro piękności, a na opakowaniach konturówek - ilustracje z książek dla nastolatków z lat 50. Dopełnieniem stylizacji vintage są przewrotne nazwy - szminki "Czytaj mi z ust" ("Read my lips"), róż "Spokojnie chłopcze" ("Down boy"), czy żelowy błyszczyk "Królowa balu" ("Prom Queen"), by wymienić niektóre.Dla Shipman projekt opakowania i intrygujące tytuły są prawie tak samo ważne, jak wysoka jakość kosmetyków. - Szykowne nazwy, jakie nadajemy naszym produktom odzwierciedlają osobowość theBalm. To mieszanka seksowności i powagi, mądrości i zabawy, romantyczności i buntowniczości - tłumaczy Marissa."*


Dziś na tapecie Down Boy:


Opis: Róż w odcieniu naturalnego różu z domieszką wrzosu. Nie zawiera drobinek, daje matowy efekt, który można stopniować od bardzo naturalnego po mocno zaróżowione policzki. 

Skład: Skład: Mica, Boron Nitride, Polyethylene, Ptfe, Isoeicosane, Silica, Caprylic/Capric Triglyceride, Polyisobutene, Dimethicone, Titanium Dioxide (CI 77891), Bismuth Oxychloride (CI 77163), Carmine (CI 75470), Iron Oxides (CI 77492).

Cena:  54zł / 9,9g



Jest to drugi mój róż z tej firmy, pierwszy to Cabana Boy, o którym pisałam TU,  i  jestem w nim zakochana.

Opakowanie zdobi urzekająca grafika przedstawiająca kobietę wystylizowaną na pin-up otoczoną eleganckimi mężczyznami, wszystko jest utrzymane w stylu retro. Jakość opakowania jest bardzo dobra, w środku znajduje się lusterko. Zastanawia mnie fakt, iż Down Boy ma większą pojemność niż Cabana Boy. Ten pierwszy ma 9,9 gr, drugi 8,5 gr, jednak nie widać między nimi żadnej różnicy w pojemności.

Kolor produktu to delikatny róż, który rzeczywiście zawiera wrzosowe tony, idealny dla bladziochów, choć sprawdzi się też zapewne na osobach o średniej karnacji. Jest matowy, niesamowicie napigmentowany, jego kolor można stopniować. Nie pyli się, nie tworzy plam na policzkach. Na twarzy utrzymuje się długie godziny. Spełnia wszystkie wymagania, jakie stawiam tego typu produktom, z czystym sumieniem mogę go polecić każdej z was.







Tu macie porównanie obu róży. 





*tekst pochodzi ze strony: http://www.ototrend.pl/uroda/kosmetyki/kosmetyki-w-stylu-retro-thebalm-2


Macie już coś z The Balm? Jak wrażenia?


Pozdrawiam :)




23 maja 2012

Do dna oraz zapowiedź niespodzianki :)



Witajcie :) Przepraszam, że tak ostatnio znikałam, ale same rozumiecie, życie. Mam nadzieję, że teraz już będzie mnie tu więcej. 

Dziś denko, jak na mnie całkiem spore, część rzeczy kupię ponownie, niektóre to buble i wyrzutki. 



  • Be Beauty, peeling do stóp- któreś już opakowanie z kolei, wspominałam o nim TU.
  • Be Beauty, peeling do ciała mango- zapach bardzo sztuczny, nie przypadł mi go gustu. Konsystencją przypomina kisiel. Niewiele drobinek peelingujących, nie jest to mocny ździerak. Kiepski, nie polecam  fanom tarcia.  
  • Bielenda, fitness line, peeling cukrowy- recenzja na dniach. 
  • Clinique, miniaturka, step 2- mam w zapasie kolejne buteleczki. Na zimniejsze dni się dla mnie nie nadaje, ponieważ delikatnie przesusza moją skórę, natomiast na upały niezastąpiony. Oczyszcza, odświeża. Na lato kupię pełnowymiarowe opakowanie, używam razem z innymi stepami.
  • Delia, baza pod makijaż wygładzająco- rozświetlająca, moje trzecie opakowanie. Bardzo przyjemna w użyciu, daje niezły poślizg, podkład bez problemu się po niej rozprowadza. Optycznie wygładza cerę. Ma konsystencję lekkiego kremu, tania. Nie przedłuża spektakularnie trwałości makijażu, także na większe wyjścia się nie sprawdzi. 
  • Farmona, tutti frutti- olejek do kąpieli, wspominałam o nim TU.
  • Farmona, szampon pokrzywowy- wcale nie taki naturalny, jak na etykiecie zapewnia producent. Fajny, ziołowy zapach, nie przysłużył się, ani nie zaszkodził moim włosom. Mimo, iż dedykowany włosom przetłuszczającym się, nie przedłużał świeżości czupryny. Nic specjalnego.
  • Hean, korektor pod oczy- napisy starły się błyskawicznie, co mnie wkurzyło, nakrętka pękła niemal od razu, czyli na wejście minus za lipne opakowanie. Zawartość również nie porażała jakością. Odcień bardzo jasny, korektor wchodził w zmarszczki pod oczami, wysuszał te okolice, nie krył. Dla mnie bubel. 
  • Joanna, reflex blond, nic teraz nie napiszę, szykuję recenzję, gdyż kupiłam już kolejne opakowanie.
  • Joanna, peeling myjący, grejpfrut- znany już chyba wszystkim, taniuśki, bardzo przyjemnie pachnący w każdej wersji zapachowej. Dobrze ściera, delikatnie wysusza skórę. Za taką cenę nie mam zamiaru wybrzydzać, być może kupię ponownie, lubię testować różne zapachy z tej serii. 
  • Johnson's baby oliwka, wersja z aloesem- świetna po kąpieli, wmasowana w wilgotną jeszcze skórę, faktycznie zatrzymuje wilgoć. Ciało jest niesamowicie miękkie w dotyku i delikatne. Dobra do masażu i opalania. Kupię ponownie, jak wykończę oliwkę z Synesis. 
  •  MAC, Matchmaster 1.5. Maleńka próbeczka, która starczyła mi na 4 użycia, kolor idealnie dla mnie dobrany. Muszę powiedzieć, że podbił moje serce i zastanawiam się, czy zaszaleć i zakupić całe opakowanie. Mam pro longwear, ale średnio się dogadujemy i myślę, że jego brat to może być to. Świetnie kryje, świetnie się rozprowadza dając naturalny efekt. Zakochałam się w nim na tyle na ile można się zakochać w próbce.
  • Master colors paris, eye liner- piękne, elegancie opakowanie i przyjemna zawartość. Bardzo wygodny aplikator w postaci flamastra i smolista czerń za jednym pociągnięciem. Gdyby nie bardzo kiepska dostępność kupiłabym jeszcze raz. 
  • Missha perfect cover, krem B.B.. Czytając wasze opinie o nim nie wierzyłam, że istnieje coś tak wspaniałego,ale kiedy sama dorwałam ten skarb, faktycznie, potwierdzam, to jest cudo! Idealnie wtapia się w skórę, delikatnie kryje, nawilża itd. Miałam kolor 23, następny już do mnie leci, tym razem 21, bo źle mi się trochę kliknęło, ale zobaczymy :D Polecam każdemu.
  • Original Source, żel: czekolada i mięta, limonka, eukaliptus i bazylia, pisałam o nich TU i TU.
  • Taft, lakier do włosów, wersja czarna, mega strong- używam na spółę z TŻem. Nie skleja, łatwo się wyczesuje, nieźle utrwala. Nawet mocno nie śmierdzi, niczego więcej nie wymagam. 
  • Wyrzutki tuszowe, czyli maskary jeszcze niewykończone, poza essence i jednym max factorem, ale zgęstniałe, czas ich świetności zdecydowanie minął, więc papa.  
  Manhattan, maximum volume, wodoodporny- jedyny mój tusz, który nie był czarny. Piękny brąz zdobił jednak moje oko najwyżej kilka razy, gdyż zakupiłam go na allegro i chyba dostałam jakiś zleżały egzemplarz, strasznie gęsty, niesamowicie sklejał rzęsy.

  Essence, multi action- słynne dziecko popularnej marki, której większość tuszy jest średnio udana, a jednak ta perełka podbiła moje serce i nie tylko moje. U mnie daje efekt podobny do miłego colossala, a jest od niego tańszy. Na pewno kupię ponownie.

  Rimmel, lash accelerator- pisałam o nim TU. Od baaardzo dawna z niego nie korzystam, czas się pożegnać. Na zawsze. 

  Max factor, 2000 calorie oraz masterpiece max- oba bardzo fajne. Bardziej spodobał mi się masterpiece max i do niego pewnie wrócę. Fajna szczoteczka, fajny, trwały efekt. Jestem na tak. 2000 calorie również dobra, ale są lepsze. 



Ale się napisałam :D Nazbierało mi się tych maskar i innych pierdół, muszę robić częściej takie czystki w kosmetyczce :)

Jak tam wasze denko? Miałyście któryś z tych produktów?



Poza tym serdecznie chciałam podziękować wam, że jesteście i czytacie mojego bloga :) Właśnie stuknęło mi 400 obserwatorów. Nie spodziewałam się, że ktoś będzie chciał czytać moją pisaninę. 




W związku z tym i z niedawnymi urodzinami bloga ogłaszam, że w jeszcze w tym tygodniu lub na początku następnego odbędzie się rozdanie :)



Pozdrawiam i ściskam. O.

16 maja 2012

Całuśny,





bo taki właśnie jest ten błyszczyk. Small Giant od Vipery to jeden z fajniejszych błyszczyków, które goszczą w mojej kosmetyczce. 

Opis: Oszałamiająco lśniący błyszczyk do ust. Fenomenalny efekt lśnienia na ustach. 

Doskonale uzupełnienie makijażu. Wybornie dobrane składniki pielęgnacyjne. 
Łatwa, przyjemna aplikacja. Wysoka trwałość na ustach i delikatny, owocowy zapach.
Do wyboru 10 odcieni.








Czerwień jest kolorem, który na moich ustach gości zazwyczaj w formie błyszczyku, tak jest bezpieczniej i wygodniej. Dlatego właśnie skusiłam się na kolejny czerwony błyszczyk, wybór padł na Viperę. Cena produktu to jedyne 12 zł za 5,5 ml. Mój kolor to 30. 

Opakowanie jest elegancie, minimalistyczne. Trwałe, choć napisy, jak widać niżej zaczynają się już ścierać, a nie nosiłam go nawet w torebce. Na zdjęciu jest porównanie tego opakowania z opakowaniem Givenchy pop gloss, jak widać są niemal identyczne. Podoba mi się to, że na opakowaniu nie ma masy zbędnych kolorowych napisów i innych bazgrołów. 





Zapach jest bardzo przyjemny owocowy, słodki, choć to dla mnie nie ma znaczenia. Smak jest neutralny. 
Kolor to dość ciemna czerwień, która na ustach jest delikatniejsza, z masą kolorowych drobinek, złotych, srebrnych, fioletowych, różowych. Nie wiem, czemu na zdjęciach widać przeważnie złote, co daje mylny obraz kosmetyku. Drobinki są dość drobno zmielone, choć mogłyby być mniej wyczuwalne na ustach. Plusem jest to, że nie migrują po twarzy, jak to mają w zwyczaju drobinki z niektórych innych kosmetyków tego typu. Choć nie jestem fanką drobinek w błyszczykach i źle mi się kojarzą, to z tym wyjątkowo się polubiłam.




Błyszczyk daje niesamowity połysk, nie często trafiam na błyszczyk, który lśniłby tak mocno. Aplikator to wygodna, spora gąbeczka, którą możemy równo nałożyć produkt. Kolor można stopniować, jego intensywność zależy od ilości warstw, które nałożymy. Poniżej widzicie debiut moich ust na blogu i błyszczyk, który został nałożony jednym pociągnięciem! Serio!



Trwałość nie odbiega od przeciętnej, kosmetyk trzyma się ok. 3 godziny, co jest dla mnie dobrym wynikiem i więcej od niego nie wymagam. Schodzi równomiernie, nie zbiera się w załamaniach, mam wrażenie, że nawet delikatnie nawilża usta. Konsystencja jest dość gęsta, ale produkt się nie klei. 




Bardzo polubiłam się z tym produktem, choć wiem, że przez drobinki wielu osobom nie przypadnie do gustu. Gama kolorystyczna tych błyszczyków jest dość szeroka i każdy znajdzie coś dla siebie. Z mojej strony mogę wam go polecić, gdyż jest wielowymiarowy i potrafi odmienić każdy makijaż. 

Lubicie błyszczyki z drobinkami, czy wolicie te bezdrobinkowe?

Pudruję się


Dziś kolejna odsłona jednego z  produktów La Rosa. Mineralny puer sypki 62 Ivory. 

Opis: puder do wykończenia makijażu, ma właściwości kryjące i rozświetlające.




Słoiczek, tak jak w przypadku różu i rozświetlacza jest plastikowy, ze srebrną nakrętką, wytrzymały. Sitko dozujące nam produkt ma 12 dziurek, które są odpowiedniej wielkości, nie sypie się z nich za dużo. Puszek dołączony do opakowania służy mi jako zabezpieczenie sitka. 




Opakowanie zawiera 4,5 g produktu, który okazuje się niesamowicie wydajny. Stosuję go ponad miesiąc, a nie zauważyłam najmniejszego zużycia. Nalepka na spodzie opakowania (wybaczcie, że nie jest idealnie biała, ale miałam malutki wybuch w mojej kosmetyczce ;)) zawiera min. informacje o składzie. Dowiadujemy się, że puder składa się z zinc stearate, magnesium stearate, iron oxides, titanium dioxide, jak widać skład jest cudownie krótki:)




Cena pudru to 30 zł, czyli jak za kosmetyk mineralny całkiem nieźle.





Z kolorem pudru trafiłam idealnie. Zawiera on żółte tony, których jednak nie jest wiele. Kolor to niemalże idealnie czysty beż. Puder jest bardzo drobniutko zmielony. W przeciwieństwie do rozświetlacz i różu nie zawiera żadnych drobinek. Krycie jest całkiem niezłe, myślałam, że będzie bardziej transparentny. Innym pudrem sypkim, który posiadam jest inglot i na pewno ma sporo słabsze krycie.




Produkt ma satynowe wykończenie, nie jest matem, co mnie odrobinę smuci. Jako, że mam skórę mieszaną, im cieplej tym bardziej tłustą, w chłodniejsze dni produkt spisuje się nieźle, kryje, nie odznacza się na twarzy, stapia się z podkładem, jednak matuje tylko na kilka godzin. Natomiast w dni, kiedy jest naprawdę ciepło świecę się już po godzinie, właśnie ze względu na satynowe wykończenie. Dlatego wydaje mi się, że na mojej cerze dużo lepiej spisze się w zimie, kiedy delikatnie rozświetli cerę, ale nie będzie się świecił. Generalnie będzie lepiej się spisywał na osobach o suchej cerze.
Tego, czego nie można mu odmówić jest naturalny wygląd i świetna współpraca z różem lub rozświetlaczem.



Konkluzja: puder naprawdę może być kwc, ale dla osoby z suchą cerą, dla mnie jest niezły, ale na pewno nie zachwycam się nim jak różem, czy rozświetlaczem z tej firmy :)

Macie swojego pudrowego ulubieńca?

Produkty La Rosa możecie dostać na stronie http://sklep.futurosa.net.

Przypominam, że dla chętnych mam kody na 25% zniżki na produkty La Rosa. Możecie zgłaszać się po nie na maila oraz w komentarzach.



Słonecznego dnia, pozdrawiam :)

10 maja 2012

Nie dla oka,

a dla ucha, czyli krótki przegląd ulubionych muzyków. Dajcie znać, czy lubicie :)















Have a nice day :)

Włóż róż!



Dziś przed wami kolejne dziecko firmy La Rosa. Jest to mineralny puder sypki o numerze 63. Z jego bratem, rozświetlaczem, możecie zapoznać się TU




Opis: 63 – róż mineralny, do jasnej i średniej karnacji.

Krótki, acz treściwy. Faktycznie z racji koloru moim zdaniem średnio pasowałby osobom o bardzo ciemnej karnacji, choć kolor można spokojnie stopniować. Dla osób, które mają ciemniejszą karnację La Rosa proponuje puder o numerze 64. Kolor 63 natomiast jest idealny dla bladziochów oraz osób ze średnią karnacją. Dając cienką warstwę produktu otrzymamy tylko mgiełkę koloru, dając kilka warstw będzie to głęboki brzoskwiniowy kolor, choć z tonami różowego. Możliwość dawkowania efektu jest o tyle w tym przypadku interesująca, iż róż jest bardzo dobrze napigmentowany. Nieczęsto trafiam na róż o takiej pigmentacji, który nie robi z nas od razu matrioszki, a efekt można delikatnie stopniować.



Produkt, podobnie jak rozświetlacz, zawiera w sobie sporo drobinek, które nie są jednak byle jak zmielonym brokatem, a delikatnymi rozświetlającymi iskierkami. Swatchując produkt na dłoni można nawet przestraszyć się ilości tych drobinek, jednak dziwnym trafem na twarzy nie są widoczne. Trzeba się dobrze przypatrzeć, żeby je odnaleźć. Dzięki nim róż daje efekt satynowej tafli, co bardzo mi się podoba. 


Opakowanie jest identyczne z opakowaniami rozświetlacza i pudru. Estetyczny, plastikowy słoiczek zawierający 4,5 grama produktu, za który musimy zapłacić 30 zł. Niezbyt wygórowana cena, róż jest wydajny niesamowicie, ma długą datę ważności no i jest to produkt mineralny.
Aplikacja nie sprawia żadnego problemy, opakowanie dozuje odpowiednią ilość różu, pędzel mieści się na sitku. Puszek, który wybaczcie, troszkę się już upaprał, służy mi wyłącznie do zabezpieczenia sitka, nie próbowałam nakładać nim różu.


Trwałość jest bardzo zadowalająca, beż żadnych poprawek róż utrzymuje się na pewno 6-7 godzin, później delikatnie blednie, ale nie ściera się i nie tworzy plam. Stanowi świetną parę dla pudru. Zauważyłam, że te trzy produkty, puder, róż, rozświetlacz genialnie ze sobą współpracują dając bardzo naturalny efekt. Ze względu jednak na satynowo- połyskijący efekt, jaki daje róż nie używam już przy nim rozświetlacza, można oczywiście to robić, ale dla mnie nie jest to konieczne.
  Jeśli wszystkie minerały są tak dobre, to chyba się na nie przerzucę. :)


Na opakowaniu znajduje się również informacja o tym, że jest to produkt wieczny. 


Na dłoni ciężko oddać dokładny kolor produktu, w rzeczywistości jest bardziej brzoskwiniowy i odrobinę ciemniejszy.


Z rozświetlacza La Rosa byłam zadowolona, jednak to róż jest moim ulubionym produktem z tych, które dostałam. Jako różoholiczka zatwierdzam ten skarb :D

Gdzie można dostać kosmetyki La Rosa? Niestety nic mi nie wiadomo o sklepach stacjonarnych, jednak można je zamówić na stronie internetowej http://sklep.futurosa.net. Jeśli macie ochotę przetestować te kosmetyki zachęcam do skorzystania z 25% zniżki. Kody rabatowe prześlę osobom zainteresowanym, które proszę o kontakt mailowy lub w komentarzach.

Dla różómaniaczek :) Tu możecie znaleźć recenzje innych róży:

- Mac kontra Nyx,
- Souffle Touch blush, Essence,
- Cabana Boy, The Balm.


Pozdrawiam  :)