26 marca 2012

Souffle touch blush

Wiadomo, jak to jest z nowościami, najpierw zapowiedzi, kuszące zdjęcia, wzajemnie nakręcające się klientki. W końcu produkt trafia na półkę, nie zastanawiam się długo, przecież tyyyyle słoczy się w necie naoglądałam, więc buch do koszyka. Dopiero w domu, patrząc na smutny portfel człowiek się zastanawia, do czego mi to właściwie potrzebne, albo mogłam wziąć inny kolor, albo po co mi piąty, dziesiąty, pierdylionowy róż. 

Po części było tak u mnie z tym różem, a skąd moje zakupowe wątpliwości?



opis: Lekki jak powiew wiatru, pięknie podkreśla kości policzkowe: delikatny róż w formie musu z subtelnym efektem chłodzenia nadaje skórze naturalny i świeży wygląd. Kremowa konsystencja ułatwia aplikację. 

Na opakowaniu nie ma podanego składu, za 8 ml, czyli całkiem sporo musimy zapłacić bodajże 11,99. Produkt ważny jest 12 m-cy od otwarcia.

Róż dostępny jest w trzech kolorach:

010 fresh apricot, którego jestem posiadaczką,
020 frozen strawberry,
030 cold wildberry.





Od strony wizualnej produkt jest bardzo przyjemny. Słoiczek jest wykonany z plastiku, czego na pierwszy rzut oka ciężko się domyślić, bo opakowanie wygląda jak szklane. Pod tym względem essence odwaliło kawał dobrej roboty. Opakowanie wydaje się solidne, odporne na uszkodzenia (tak, kilka razy już lądowało na podłodze :D), kolor nakrętki jest odwzorowaniem koloru różu, praktyczne. 






Sam kolor jest trudny do określenia, w jasnym, dziennym świetle jest to kolor brudnego różu z pomarańczowymi tonami, odrobiną beżu. W świetle sztucznym,wygląda po prostu na ceglasty. W bazie o dość rzadkiej konsystencji zatopione są miliony, maleńkich różowych drobinek, które nie są widoczne na policzkach. Róż, co jest w nim najlepsze opalizuje na jasny różowy kolor. Dla mnie to super, bo opalizujące kosmetyki są moimi ulubionymi. 




Pigmentacja różu jest średnia, co może być zaletą, gdyż ciężko będzie sobie zrobić nim krzywdę. Na twarzy róż utrzymuje się ok. 5-6 godzin, co jest średnim wynikiem. Przy nakładaniu się nie roluje.




Niestety, róż ma również wady, które w moim mniemaniu go dyskwalifikują. Po prostu nie da się go nałożyć. Strasznie się maże, aby kolor był widoczny trzeba poprawiać kilka razy. Próbowałam go różnie nakładać, na gołą cerę, na samą bazę pod makijaż, na podkład, niestety nic z tego. Róż ślizga się po podkładzie. 



Faktem jest, że róże są moimi ulubionymi kosmetykami, więc może jestem zbyt wymagająca? Dam mu jeszcze szansę, ale póki co jestem na nie. Miałam zamiar zgarnąć do koszyka od razu wszystkie trzy kolory, ale bardzo się cieszę, że tego nie zrobiłam.

Dobrą wiadomością jest to, że w Naturach są do nich testery. NARESZCIE. Może to choć odrobinę przystopuje bezwstydne macantki i inne kierowniczki ;) Mają testery, niech macają testery. 

A wy macie jakieś doświadczenia z tym produktem? 



22 komentarze:

  1. Widziałam go , ale nie skusiłam się : )
    Obecnie zachwycam się różem miyo : )
    Pozdrawiam : )

    OdpowiedzUsuń
  2. wstyd się przyznać, ale ja nie miałam (i oczywiście nie używałam) nigdy różu :o

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. polecam spróbować, świetna sprawa :)

      Usuń
  3. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  4. To ja już go nie kupię. W ogóle ostatnio Essence coraz bardziej mnie rozczarowuje, mają parę perełek, to fakt, ale coraz trudniej mi znaleźć coś fajnego w ich ofercie:(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ja mam z essence produkty do których zawsze będę wracać i takie których nie kupuję, np. nie podobają mi się ich cienie i podkłady.

      Usuń
  5. Kusi mnie przez ładne kolory ale skoro się ślizga i nie rozprowadza się równomiernie hmm..nie lubię się tak męczyc:/

    OdpowiedzUsuń
  6. jakoś nie jestem przekonana do różo w takiej akurat formie

    OdpowiedzUsuń
  7. Byłam ciekawa właśnie jak sprawdza się róż w kremie a tu bach! I wychodzisz mi z postem. :D
    Dziękuję Ci za tą recenzję, bardzo mi się przyda. :)
    Pozdrawiam. :3

    OdpowiedzUsuń
  8. Jakoś nie przepadam za różami w kremie, wole zdecydowanie te w kamieniu :)

    OdpowiedzUsuń
  9. Własnie mam ochotę przetestować jakiś róż w kremie:)
    Myślałam o jakimś tańszym z Essence no ale po Twojej opinii to się waham i pewnie wybiorę coś innego:)
    Obserwuje i pozdrawiam:)

    OdpowiedzUsuń
  10. A ja się boję róży w kremie, mam cerę tłustą i jakoś nigdy mi ta forma nie odpowiadała, ale chyba czas czegoś spróbować;)

    OdpowiedzUsuń
  11. te rozprowadzanie mnie zniechęca, nie kupię

    OdpowiedzUsuń
  12. mam taki w kolorze 030 cold wildberry i jest to jak na razie mój ulubiony róż.
    Pozdrawiam i zapraszam na małe rozdanie http://bellakosmetyki.blogspot.com/2012/03/moje-pierwsze-rozdanie.html

    OdpowiedzUsuń
  13. jak zobaczyłam zapowiedzi to byłam zachwycona, ale po przetestowaniu ich na ręce miałam mieszane uczucia :( pięknie pachną, mają nienagorszą konsystencję ale największy problem miałabym chyba tak jak Ty z nakładaniem.
    ale może uda Ci się wycisnąć z niego jakieś zalety :D

    OdpowiedzUsuń
  14. Na rączce ładnie wygląda, ale nie ma się z nim co męczyć :/

    OdpowiedzUsuń
  15. Już na zdjęciu widać, że nawet na ręce trudno go ładnie rozprowadzić.

    OdpowiedzUsuń
  16. Ja ma róż w kremie z Inglota, bardzo go lubię:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. też mam z inglota i też bardzo lubię, ale ten ma zupełnie inną konsystencje, dużo bardziej rzadki i lejący się.

      Usuń
  17. Mam te same odczucia. Obejrzałam go i byłam zaskoczona, bo barwnik przykleił się do palca, ale kolor nie dał się przenieść na skórę, tylko się mazał. Dziwny.

    OdpowiedzUsuń
  18. Mam ten róż w kolorze mrożonej truskawy i mam to samo zdanie co ty. Kolor jest ładny ale aplikacja już gorsza. Essence w końcu kierowane jest do nastolatek, jako ich pierwsze kosmetyki i myślę że dla takiej młodej dziewczyny tak delikatna pigmentacja mogła by być dobra.

    OdpowiedzUsuń