30 lipca 2012

Pigmenty kobo i makijaż :)


 Dziś trochę o popularnym ostatnio produkcie z Kobo, mianowicie o pigmentach. Jedni Kobo kochają, inni nie znoszą twierdząc, że kosmetyki, które firma produkuje na pewno nie są kosmetykami profesjonalnymi. Ja mam do Kobo mieszane uczucia, stojąc przed ich szafą nic nie przyspiesza bicia mojego serca, jednak niedawne promocje skłoniły mnie do zakupu kilku pigmentów. Jak się sprawdziły?

Opis: produkty marki Kobo Professional gwarantują piękny efekt profesjonalnego makijażu, a niezwykłe bogactwo asortymentu i wyrazista gama kolorystyczna odpowiedzą na potrzeby każdej wymagającej klientki.

Sypki, nasycony pigment do powiek występuje w wielu odcieniach. Pozwala tworzyć makijaż oka od delikatnego po intensywny. 

Gdzie dostaniesz: drogerie Natura.

Cena: 19,90zł, często są promocje.



W moim kuferku mieszkają następujące kolory: 
perłowe: Sea Shell, Violet Blush,
matowe: True Red, Hot Orange, Cornflower. 


 Opakowanie produktu jest przyjemne dla oka i trwałe, nie przeszkadza mi, że nie ma dodatkowego zabezpieczenia w postaci sitka, choć wiele osób na pewno uzna to za wadę. Napisy się nie ścierają i jedyne, co mnie wkurza w opakowaniu to to, że nie ma na nim podanej gramatury produktu. 
 Na pewno ogromną zaletą pigmentów jest ich wielofunkcyjność. Możemy je stosować jako standardowe cienie, robić nimi kreski, ozdabiać usta, używać perłowych kolorów jako rozświetlaczy i co tylko przyjdzie nam do głowy ;) Pigmentacja jest szalona. Dla mnie to ogromny plus, bo uwielbiam takie intensywne kolory.


Od lewej: cornflower, true red, hot orange, violet blush, sea shell.

 Jeśli chodzi o aplikację tu już nie jest tak pięknie. Pigmenty są bardzo suche i mocno się osypują. Praca z nimi nie jest łatwa, jeśli chodzi o maty to ciężko równomiernie rozprowadzić kolor, przy blendowaniu robią się plamy, łączenie z innymi cieniami również sprawia problem. Najłatwiej jest nałożyć je na powiekę solo lub zrobić nimi kreskę, choć u mnie kreska zrobiona duralinem mocno się kseruje. Na pewno z tego względu nie poleciłabym tych pigmentów osobom, które dopiero rozpoczynają zabawę z makijażem. W przypadku pereł jest już dużo lepiej, łatwiej się je rozprowadza i rozciera, choć również nie jest to bezproblemowe. 


 Wszystkie wady rekompensują jednak kolory i to sprawia, że często sięgam po te pigmenty. Odcienie nie są standardowe i przykuwają wzrok. Kiedy już uporamy się z aplikacją oko wygląda bardzo efektownie. Jeśli chodzi o trwałość to na bazie inglota wytrzymują cały dzień, z kreskami w moim przypadku jest dużo gorzej, gdyż jak wspomniałam mocno się kserują. 

 Tu makijaż, który wykonałam przy użyciu białego cienia z miyo i pigmentu cornflower. 


Lubicie cienie sypkie? Co sądzicie o tych z Kobo?

Miłego dnia. O. 

28 lipca 2012

Szybki dzienniak z dedykacją :)


Wrzucam na szybko zdjęcia dzisiejszego makijażu.
Użyłam dwójki z Kobo, którą pokazywałam TU, do tego minimalna ilość żółtego inglota w zewnętrznym kąciku. Rzęsy tak delikatne, jak tylko się da, czyli essence hypno gloss. Zdjęcia można powiększyć klikając na nie :)




A dla kogo dedykacja? Oczywiście dla Saurii80, która chciała zobaczyć jakiś makijaż wykonany tą paletką :)

Jak wam mija sobota? U mnie upał totalny, spadam nad jezioro :)
Miłego dnia.O.

25 lipca 2012

Ananas i papaja :)


 Jeśli chodzi o pielęgnację ciała to ciężko u mnie z regularnością. Mam zresztą taką skórę, która nie wymaga specjalnej opieki. Znalazłam jednak ostatnio produkt, dzięki któremu wieczorne smarowanie stało się moim małym rytuałem, mowa o suflecie do ciała z Organique. 


Opis produktu: Wygładzający souflet do ciała o lekkiej konsystencji i świeżym zapachu egzotycznych owoców. Odświeża i nawilża naskórek oraz przyspiesza odnowę komórkową, przywracając skórze witalność i blask. Dzięki delikatnej konsystencji doskonale się rozprowadza i wchłania, nie pozostawiając na skórze lepkiej warstwy. Zawiera wyciąg z ananasa, który wraz kwasami AHA wspomaga utrzymanie głębszych warstw skóry i naskórka na właściwym poziomie nawodnienia. Stymuluje syntezę kolagenu, a dzięki zawartości oligosacharydów zapobiega degradacji macierzy międzykomórkowej. Szczególnie polecany dla osób ze skłonnością do skóry suchej, odwodnionej, z miejscowymi rogowaceniami naskórka. Poprzez zmniejszenie warstwy rogowej przyspiesza odnowę skóry, wygładza ją i rozświetla. Doskonały jako forma łagodnego peelingu enzymatycznego. 

Gdzie dostaniesz: internet lub lista sklepów.

Cena: ok. 40 zł/200 ml.

 W skład serii fresh'n'fruity w opcji ananas i papaja wchodzi, poza sufletem, żel pod prysznic, peeling żelowy i piankowa maseczka do twarzy (recenzja niebawem). Opakowanie produktu przypadło mi do gustu, lekkie z bardzo ciekawą nakrętką sprawia, że możemy zużyć produkt do ostatniego maźnięcia. Szata graficzna jest minimalistyczna, co mi się podoba, a dodatkowo na opakowaniu znajdziemy wszelkie potrzebne nam informacje, czyli skład, pojemność, datę przydatności, opis produktu oraz sposób użycia. 



 Pierwsze, co czujemy po otwarciu opakowania to totalnie obezwładniający zapach. Kosmetyk pachnie tak świetnie, że ciężko się powstrzymać od spróbowania go! Słodki, przypomina owocowy jogurt i znacznie uprzyjemnia zużywanie sufletu. 


  Kolejna sprawa to konsystencja. Do tej pory nie korzystałam z sufletu, używałam głównie zwykłych maseł i balsamów, więc suflet jest miłą odmianą. Konsystencja jest lekka, piankowa. Produkt idealnie się rozprowadza i błyskawicznie wnika w skórę, co na pewno przypadnie do gustu wielu osobom. Spośród produktów do ciała, które posiadam ten właśnie wchłania się najszybciej i nie zostawia po sobie lepkiej czy tłustej warstwy, która w chłodniejsze dni tak nie irytuje, ale w upały jest nie do zniesienia. W suflecie zatopione są również pomarańczowe drobinki, które przy wmasowywaniu znikają. 


 Jeśli chodzi o nawilżanie, to tak, jak w przypadku większości produktów zależy od regularności stosowania. Stosowany każdego dnia faktycznie nawilża skórę, zostawiając ją wygładzoną, miękką i pięknie pachnącą. Nie jestem jednak przekonana, czy całkowicie sprawdzi się w przypadku skóry bardzo suchej. 


 Wydajność, dzięki  konsystencji jest całkiem przyzwoita. Stosowałam go przez prawie miesiąc, nakładając cienką warstwą i zostało mi jeszcze pół opakowania, więc całe opakowanie starczy mi najpewniej na jakieś 7 tygodni, co mnie zadowala. 


 Jeśli szukacie czegoś na lato o obłędnym zapachu i lekkiej konsystencji z pewnością pokochacie ten produkt. Uważam, że mimo ceny, która do najniższych nie należy warto przyjrzeć się temu produktowi. Kiedy wykończę swoje pozostałe produkty do pielęgnacji ciała na pewno sprawdzę pozostałe suflety z tej serii. Szczególnie ciekawa jestem zapachu kiwi, mano i czerwone winogrono oraz melona z nagietkiem. Zapowiada się owocowy odlot!

Miałyście jakieś produkty z Organique? Jakie zapachy  są waszymi ulubionymi na lato? 

Pozdrawiam. O. 

24 lipca 2012

Fioletowa kredka




   Nigdy nie byłam zapaloną fanką kredek do powiek, miałam z nimi kiepskie doświadczenia, mazały się lub znikały w ciągu godziny. Swoje zdanie zmieniłam, gdy dostałam kredkę z Inglota, która spełniła wszystkie moje wymagania. Od tego momentu korzystam z tych produktów coraz częściej, dlatego ucieszyłam się, kiedy w paczuszce od Vipery znalazłam kredkę w interesującym fioletowym kolorze. Czy Ikebana stała się moim faworytem? 


Opis: konturówka do oczu Ikebana:

- podkreśla doskonały kobiecy wizerunek
- aplikacja miękka i delikatna
- doskonały efekt już za pierwszym pociągnięciem kredką
- głęboki kolor doda twarzy wyrazistości i elegancji spojrzeniu
- odpowiednio dobrany kolor współgra z barwą tęczówki.

Cena: ok. 9 zł.

Dostępność: min. drogerie Stars, osiedlowe drogerie, internet.



 Na temat opakowania nie ma się, co rozwodzić. Warto jednak wspomnieć, że kolor opakowania jest taki, jak kolor kredki. Uroku dodaje mu również grafika w kwiaty. 

 Odcień kredki to żywy fiolet, o wiele intensywniejszy niż na zdjęciu. Na pewno świetnie podkręci kolor zielonych oczu. 


 Sam produkt jest niezwykle miękki i bez problemu sunie po powiece. Dociskając za mocno możemy go nawet uszkodzić. Konturówka zostawia po sobie mocno napigmentowany pasek koloru. Niestety na moich mało problemowych powiekach odbija się i mam podwójną kreskę ;/ Trwałość jest całkiem niezła, bo produkt wytrzymuje ok. 7 godzin, choć często przez ten czas spoglądam w lusterko, żeby sprawdzić, czy wszystko jest na swoim miejscu, właśnie przez to kserowanie się. Temperowanie nie sprawia problemu, który często się trafia przy kredkach z tej półki cenowej. 



 Z pewnością z kredki zadowolone będą dziewczyny, których przygoda z tego typu produktami się zaczyna. Kosmetyk łatwo się zmywa płynem dwufazowym lub micelarnym, równie łatwo więc wprowadzić poprawki, kiedy coś nam nie wyjdzie. Sama raczej nie kupię jej ponownie, gdyż nie chcę co chwila sprawdzać, czy nie mam podwójnej kreski. 




Używacie kolorowych kredek do powiek? Jaki jest wasz faworyt?

20 lipca 2012

Nowości w kosmetyczce i nie tylko


    Oto, co wpadło w ostatnim czasie do mojej kosmetyczki i nie tylko do niej. Łupy niewielkie, bo też niewiele mi potrzeba i wolę przeznaczyć kasę na inne rzeczy, niż kosmetyki (omg! dorastam!). 
To, co mam to głównie zdobycze z promocji, na które udało mi się trafić. Na co się skusiłam?



Cienie My Secret, perła i dwa maty.
Dwójka z Kobo.
Pigmenty z Kobo,  hot orange, sea shell.






Jeszcze jeden pigment Kobo, violet blush.
Tonik z Yves Rocher, za 1 gr okulary o całkiem przyjemnym kształcie :)



Kilka książek.



Jeszcze kilka książek bardziej do kuchni. Świetnie wygląda ta książka o pizzy przy tej o liczeniu kalorii :D



Milą paczką zaskoczyło mnie również Original Source. Dostałam dwa najnowsze żele z limitowanej edycji. Spearmint i Brtisch Strawberry. Powiem wam, że truskawki pachną obłędnie!




A jak tam wasze zakupy w ostatnich dniach?

Miłego dnia. O. 

19 lipca 2012

Baza Stay Don't Stray

  
 Dziś na tapecie kosmetyk, który kupiłam w tym zestawie. Stay don't stray, bo o nim mowa, to produkt firmy Benefit, której oryginalne pakowanie przykuwają wzrok niejednej kosmetykomaniaczki. Początkowo byłam do niego sceptycznie nastawiona, jednak zmieniłam zdanie i teraz używam go niemal codziennie :)


 Opis: Ten kosmetyk sprawi, że cienie do powiek oraz korektor pod oczy utrzymają się dłużej. Wystarczy nałożyć trzy małe kropki na powieki oraz pod oczy, a następnie delikatnie wklepać. Pamiętaj tylko, aby odczekać chwilkę - niech baza się wchłonie.

Benefit Stay don`t Stray sprawi, że cienie nie zbiorą się w załamaniach powiek, a korektor pozostanie na swoim miejscu. 
Cena: 125zł/10ml.

Gdzie: Sephora, internet (uwaga na podróbki!).


 Opakowanie: właśnie z jego powodu miałam obiekcje co do tego produktu. Wygląda bardzo przyjemnie, elegancko, ma pompkę, jednak ta nie działa zbyt dobrze. Dozuje zdecydowanie zbyt dużą ilość produktu, co znacznie zmniejsza jego wydajność. Po jakimś czasie nauczyłam się obsługi pompki, mimo tego uważam, że zwykłe opakowanie, takie, jakie mają błyszczyki i aplikator z gąbeczką byłoby lepszym rozwiązaniem. Kolejnym minusem jest to, że nie widzimy, ile produktu nam jeszcze zostało, co może sprawić, że pewnego ranka możemy się nieprzyjemnie rozczarować. 


 Kolor i konsystencja: produkt ma cielisty odcień idealny do jasnej karnacji. Świetnie wyrównuje kolory i kryje wszelkie niedoskonałości np. żyłki na powiekach. Konsystencja nie jest gęsta, ale również nie spływa, zdecydowanie na plus. 

 Działanie: baza znacznie podbija kolor cieni, szczególnie tych ciemniejszych. Nakładając na nią cienie mamy pełen komfort, ponieważ cienie się po niej nie ślizgają ani nie rozmazują. Jest jedną z lepszych, jakie posiadam, jeśli chodzi o przedłużanie trwałości cieni. W ciągu dnia nic na powiekach się nie roluje, wieczorem wszystko wygląda tak, jak zaraz po nałożeniu. Jeśli nie macie problemów z podkówkami pod oczami z pełnym sukcesem możecie stosować go jako korektor, krycie jest całkiem niezłe. Co do przedłużania trwałości korektora, tu szału nie ma, poza tym szkoda mi zużywać tak drogi produkt w ten sposób.

 Czy kupię ten produkt ponownie? Nie wiem. Dla osób, które używają go i jako korektora i jako bazy cena jest do przełknięcia, natomiast dla mnie ze względu na problemowe opakowanie 125 zł to całkiem sporo. Jednak jeśli trafi się jakaś promocja to czemu nie :)

Jakie są wasze odczucia, co do tego produktu? Używacie?  Jaką bazę pod cienie możecie polecić?

                                                               
Pozdrawiam. O.  

Kociak nadal bezimienny ;p

17 lipca 2012

Nowy członek rodziny :) Pomysł na imię?



  Ostatnio mnie tu mniej, ale mam dobry powód. Moje serce i myśli są od niedawna przy małej puchatej kulce, która zajmuje mi cały wolny czas. Oto ona:



Przypadkowy lekki zezik :D





Puchata kulka to właściwie kocur, ma dopiero cztery tygodnie. Wiem, że nie powinno oddawać się kotków tak wcześnie, ale właścicielka koniecznie chciała się już ich pozbyć. Jest to zwykły dachowiec, ale będzie przez nas kochany najbardziej na świecie:) Kiciuś nie ma jeszcze imienia i nie mamy póki co żadnych pomysłów. 

Może macie jakiś pomysł na oryginalne imię dla naszego maleństwa?

Miłego wieczoru. O.



11 lipca 2012

Bubel z Essence Fruity



  Ostatnie edycje limitowane od Essence nie chwytają mnie za serce, coraz większa powtarzalność, coraz  mniej pomysłowe i w wielu przypadkach coraz gorszej jakości. Kiedy jednak napotkałam w naturze pełny stand z limitowanką Fruity postanowiłam coś, poniekąd dla zasady :D, wziąć. Obejrzałam lakiery, ale tych mam pod dostatkiem, zmacałam róż (są testery), ale przypominał mi róż w kremie ze stałej oferty, mazał się a koloru zero, więc odpuściłam, owoce na paznokcie mam już z firmy no name, balsamy jakoś nie zachwyciły. Zwróciłam za to uwagę na cienie w kremie, w ostrym świetle drogerii wyglądały przyjemne, widać było, jak opalizują, co przesądziło o zakupie (taaaak kupię wszystko co opalizuje:D). Do mojego koszyka trafił cień 03 one kiwi a day.



 Pierwsze, co zauważyłam to to, że napis na nakrętce szybko się brudzi i znika w ekspresowym tempie, wystarczy dotknąć paznokciem i od razu wszystko złazi. W tym momencie nie ma już śladu po napisie essence, baaardzo nie lubię, kiedy napisy z opakowań tak znikają. 
Kolejna rzecz to sam słoiczek. Wygląda na wytrzymały, ale jest naprawdę malusi i ciężko zmieścić paluch do opakowania. 



 Kolor to jasna zieleń. Pigmentacja jest minimalna, ale widać, że taki był zamysł, więc nie mam zamiaru się tego czepiać, właściwie nawet pasuje to do letniego świeżego makijażu. 

 Konsystencja jest delikatnie żelowa, dość wodnista, na pewno nie jest to cień w kremie, raczej mus, co również mi nie przeszkadza. Drobinki są bardzo drobne, pięknie opalizują. 

Schody zaczynają się w momencie, kiedy chcemy cień nałożyć na powiekę. No cóż, moim zdaniem nie jest to możliwe. Produkt strasznie się rozmazuje i ciężko nałożyć go równomiernie. Próbowałam zrobić to palcami, pędzelkiem, aplikatorem, niestety za każdym razem to samo. Była to powtórka z rozrywki, bowiem podobne problemy miałam w przypadku różu w kremie ze stałej oferty, który opisywałam TU.  Generalnie uważam, że jest to ten sam produkt tyle, że w innym kolorze i opakowaniu. 



  Jako Zaradny Radek postanowiłam jednak znaleźć temu produktowi inne zastosowanie. Spróbowałam nałożyć go jako rozświetlacz, jest już nieco lepiej. W przypadku innych kolorów cienia będzie to całkiem niezłe rozwiązanie. 

Mimo, iż cienia nie polecam, nie polubiłam się z nim, to nadal będę obserwować następne limitowane edycje. Do firmy się nie zrażam, bo mają bardzo tanie produkty i próbują nowych rozwiązań, co mi się podoba. 

A co wy kupiłyście z tej limitowanki? Wybrałyście cień? Jak wrażenia?

Pozdrawiam. O.

10 lipca 2012

O kursie wizażu


    O kursie wizażu myślałam już od jakiegoś czasu, nie mogłam się zebrać, żeby tą myśl zrealizować, a to były ważniejsze wydatki, a to nie było czasu itd. Jednak, kiedy zobaczyłam na grouponie ofertę z AP Edukacja wiedziałam, że nie będę dłużej zwlekać i od razu kliknęłam. Z Groupona nie korzystam często, ale  kiedy już to robię, zazwyczaj na koniec jestem usatysfakcjonowana. Tym razem było inaczej, a dlaczego o tym w dalszej części posta.

  Kurs kosztował mnie 189 zł zamiast 700zł za 30 godzin dydaktycznych kursu. Była również do wyboru opcja 5 godzin za 59 zł. 

  Opis ze strony:
"Z kolorami w makijażu jest jak z przechodzeniem przez jezdnię – zły wybór może doprowadzić do bolesnej katastrofy. Ustrzeż się przed make-upową kraksą, decydując się na profesjonalny kurs wizażu w AP Edukacji"

  Kupon zakupiłam 15 maja, do 2 czerwca należało zgłosić się do sekretariatu z wydrukowanym grouponem w celu zapisania się na kurs. Tak też zrobiłam. Panie w sekretariacie były bardzo miłe, jednak na moje pytanie, kiedy odbywa się kurs nie potrafiły odpowiedzieć. Pomyślałam od razu wtf?, na stronie, z której kupiłam kupon nie było podanej informacji, kiedy odbywa się kurs, jednak skoro czas na zarejestrowanie się był do 2 czerwca, pomyślałam, ze od razu, powiedzmy w przeciągu tygodnia kurs się odbędzie. Nic bardziej mylnego, z sekretariatu zostałam odesłana z kwitkiem, nikt nie wiedział, kiedy kurs ma się odbyć i kazali czekać na telefon, co nie było komfortową sytuacją, wakacje, wyjazdy, inne sprawy, a ty siedź i czekaj ;/ No, ale cóż, innego wyjścia nie było. Telefon otrzymałam 28.06, poinformowano mnie, że kurs odbędzie się w dniach 2,3,4,5 i 9 lipca, a jeśli ten termin mi nie pasuje to następny będzie pod koniec sierpnia. Na szczęście daty mi pasowały. Poza tym dialog między kursantami a ap edukacją był zadowalający, przysyłali smsy przypominające o zajęciach, jeśli ktoś nie mógł być któregoś dnia, następnego dzwonili i pytali, czy wszystko w porządku i generalnie starali się rozwiewać wszelkie wątpliwości.

  Nie zrażając się, pełna optymizmu wybrałam się na zajęcia. Pierwszego dnia było na nich 18 osób oraz bardzo sympatyczna pani prowadząca, która jak się dowiedziałyśmy zajmuje się wizażem od 4 lat. Kurs odbywał się w szkole. Tak w zwykłej szkole, w klasie lekcyjnej, z ławkami, które musiałyśmy same przestawiać, beż żadnych luster, przyznam, że troszkę inaczej sobie to wyobrażałam.
Na początek była teoria, trochę o analizie kolorystycznej, fryzurach, kształtach twarzy, wszystko oczywiście bez zdjęć, bez pokazywania. Większość dziewczyn potwornie się wynudziła. 

 Kolejnego dnia mieliśmy zajmować się makijażem dziennym. Było nas już o dwie osoby mniej. Zajęcia wyglądały w ten sposób, że wchodzimy do klasy, Pani rozkłada kosmetyki i mówi, dobierzcie się w pary i róbcie makijaż (!) Ani słowa na temat wykonywania takiego makijażu, czym się charakteryzuje, jakie kosmetyki są odpowiednie itd. NIC. Lekko zdezorientowane zabrałyśmy się do pracy. Pani interesowała się dziewczynami tyko wtedy, kiedy te poprosiły ją o pomoc. Nie wiem, czy tej kobiecie się po prostu nie chciało, ale nie przeszkadzało jej to, że dziewczyny siedzą bokiem do światła, że cały makijaż oka jest wykonywany jednym pędzelkiem, dziewczyny zamiast makijażu określonego w temacie wykonywały całkiem inny, zero przekazania wiedzy na temat kosmetyków, baz, rozświetlaczy, bronzerów...Koleżanki, które nie siedzą w temacie, nie mają wiedzy i przyszły na kurs, żeby się czegoś dowiedzieć nie miały na to szans. Kolejnego dnia był makijaż wieczorowy, zajęcia wyglądały tak samo. Potem przyszła kolej na makijaż ślubny i fotograficzny. Pani prowadząca powiedziała, że najpierw zrobimy makijaż ślubny, a potem przerobimy go na fotograficzny, przyprowadziła modelkę na której taki makijaż robiła, a my się przyglądałyśmy. Oczywiście malując modelkę nie mówiła, co robi, nie omawiała kolejnych kroków, nie tłumaczyła doboru kolorów. NIC. Potem tradycyjnie zajęłyśmy się sobą. Ostatni dzień to makijaż fantazyjny, na początku zajęć poprosiłam panią o powiedzenie chociaż kilku słów na temat tego makijażu, pani podeszłą do mnie, pokazała zdjęcia w czasopiśmie, powiedziała, że to makijaż z którym możemy zrobić wszystko, piórka, cekiny itp., no cóż liczyłam na to, że może całą grupa się czegoś dowie, ale po raz kolejny nic z tego. Nie chodzi mi o kompetencje tej pani, nie wątpię w nie, była niesamowicie sympatyczna, ale żeby się czegoś dowiedzieć, trzeba było zapytać, wyobrażałam sobie, że na początku zajęć dowiemy się czegoś o makijażu, który mamy wykonywać, o kosmetykach, zobaczymy przykłady makijaży na zdjęciach, czy miałam za wysokie oczekiwania? W końcu to był mój pierwszy taki kurs. Czy wszystkie tak wyglądają?

 Na pewno ciekawe jesteście również kosmetyków, jakie były dla nas dostępne. Korzystałyśmy głównie z kosmetyków inlot, mary kay, peggy sage. Pojawił się również eyeliner wibo i puder synergen :D Na 18 osób dostępne były trzy zestawy pędzli, kilka inglota, kilka z nieznanych mi firm, kilka z rossmana. Trzy tusze do rzęs, rimmel, mary kay, tak wyschnięte, że z trudnością nimi malowałyśmy, dwie bazy pod podkład, jedno kółko kryolanu. Dwie bazy pod cienie, w rezultacie więc sporo czasu spędziłyśmy po klasie szukając bazy, czy korektora. Podkłady były z mary kay (czy wspominałam, że pani jest konsultantką z mary kay i kilka dziewczyn skusiło się na ich produkty?), pani nie wspomniała o nich nic, czy są rozświetlające, matujące, wszystko jedno, jaki użyjemy byle kolor pasował. Pędzle, które dostałyśmy pierwszego dnia były nie do końca czyste, moim zdaniem były wręcz po prostu brudne. Stan niektórych kosmetyków pozostawiał wiele do życzenie. Nie widziałam żadnego rozświetlacza ani bronzera i niczego też na ich temat nie usłyszałam. No tak, istnieją przecież tylko róże. W rezultacie kilka dziewczyn po prostu przyniosło na następne zajęcia własne pędzle i kosmetyki, czy tak to powinno wyglądać?

 Dziewczyny, które pytałam o zdanie na temat kursu również nie były w pełni usatysfakcjonowane. Wszystko  miała rekompensować atmosfera, dziewczyny faktycznie były przesympatyczne, wymieniłyśmy się numerami i mamy zamiar wybrać się na jakieś kosmetyczna polowanie :D

 Ostatniego dnia dostałyśmy certyfikaty i zaświadczenia, na których zabrakło pieczątek, bo panie z z sekretariatu zapomniały, więc samemu trzeba się po nie udać. Na koniec dostałyśmy również do wypełnienia anonimowe ankiety, które jak mniemam nie wypadły najlepiej ;p

Tu kilka zdjęć: 









  Cieszę się, że mam certyfikat, jednak właściwie nie wyniosłam żadnej nowej wiedzy, co mnie smuci. Cały kurs wyglądał, jak malowanie się z koleżankami. Więc jeśli przyjdzie wam do głowy szalony pomysł odbycia takiego kursu w AP Edukacja, to spasujcie, zaproście kilka koleżanek i wzajemnie się pomalujcie, wyjdzie na to samo. Nie mam pojęcia, jak wkurzone muszą być dziewczyny, które zapłaciły za kurs pełną cenę, na szczęście w mojej grupie takich nie było. Czytając opis kursu na stronie ap edukacji lub groupona wszystko tak pięknie brzmiało, czego to nie miałam się dowiedzieć, a wyszła jedna wielka klapa.

  Jeśli któraś z was brała udział w takim kursie, jestem bardzo ciekawa waszych wrażeń. Nie wiem, czy to ja się czepiam, czy to tak miało wyglądać? Wydane pieniądze rekompensuje mi tylko certyfikat i świetne dziewczyny, które miałam okazje poznać.

Jeszcze raz podkreślę. NIE POLECAM. 


edit: Tak się złożyło, że jedna dziewczyna z kursu również pisze bloga i też podzieliła się swoim spostrzeżeniami dot. kursu. Nie była tak surowa w ocenie jak ja ;p Jeśli jesteście zainteresowane: http://evoletunity.manifo.com/blog/jak-bylo-na-kursie-wizazu-.


5 lipca 2012

NOTD + makijaż


   Uwielbiam paznokcie w kolorze blue i chyba właśnie po niebieskości sięgam najczęściej jeśli chodzi o manicure. Dziś postawiłam na kolor z Catrice- Blue Cara Ciao :) Odcień to bardzo intensywny czysty kremowy niebieski. Dzięki wygodnemu pędzelkowi aplikacja nie sprawia problemów. Schnie dość szybko i całkiem przyzwoicie się trzyma, 4 dni, co na moich paznokciach jest dużym sukcesem. Wydaje mi się jednak, że nałożony bez bazy może barwić płytkę, dlatego zawsze kładę go na bazę z nailteka. 
Na pewno często będę do niego wracać. 




Do tego makijaż  w podobnych kolorach, strzeliłam tylko jedno zdjęcie i to pod dziwnym kątem, ale chyba widać wszystko, co trzeba :D

Użyłam cieni inglot, eyeliner i kredka na linii wodnej to catrice. Wiem, że takie kolory gaszą moją tęczówkę, ale nie mogłam się powstrzymać. 



A jakie są wasze ulubione letnie kolory w makijażu i na paznokciach?